Popkulturo! Potrzebujemy więcej Solarpunku
O potrzebie tworzenia nowych wzorców w naszej powszechnej świadomości
Czy optymizm musi zamienić się w egzystencjalizm?
“Fruźki wolą optymistów” nawijał wiele lat temu raper Łona, wesoło, ze swym literackim sznytem zachęcając do uśmiechu. Z czasem, teksty jego ewoluowały - jak on sam. Dojrzewały artystycznie. I częściej też zaczęły poruszać tematy przemijania, czy egzystencjalne.
Zdaje się - naturalne. Odchodzimy od optymizmu końca XX wieku na rzecz cynizmu drugiej ćwierci XXI wieku.
Zanurzamy się w treściach coraz to bardziej szokujących, stale zwiększając ekspozycję na negatywne bodźce. A poza bieżącą infosferą nie zdaje się być lepiej.
Chociaż w takiej popkulturze i (subkulturze) mieliśmy nurt, który w sumie zawsze, niezależnie od epoki, stwierdzał, że wszystko jest beznadziejne i należy się wobec tego buntować.
Nurtem tym był punk.
Punk to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim postawa. Powstał w połowie lat 70. jako wyraz sprzeciwu wobec komercjalizacji rocka, społecznej obłudy i politycznego establishmentu.
Ale punk to także estetyka, która kusiła,: wyrazista stylówka, irokezy i zdobione kurtki. Wszystko często robione chałupniczo co przeistoczyło się wręcz w filozofię – od samodzielnie wydawanych płyt, przez modyfikację ciuchów i ciała, po organizowanie koncertów w garażach. Sprzeciw wobec konsumpcji, odrzucenie autorytetów z hasłem „No Future” na sztandarach.
Ciągnęło mnie do punku. Może z powodu młodzieńczego zauroczenia, może ze względu na bycie cool, albo po prostu zgadzałem się z ich ogólną narracją.
Trzeba buntować się wobec obecnego stanu świata, wobec systemu uznawanego za opresyjny i nieludzki.
Trzeba stawiać na nonkonformizm i albo aktywizm, albo nihilizm.
Mimo powszechnie rozpoznawalnego sloganu „PUNKS NOT DEAD”, czuję, jakby ten ruch, wraz z wieloma innymi, tak nawiasem mówiąc, w postmodernistycznym świecie, obumarł.
Czy to ze względu na erozję całego konceptu subkultur? Migrację sprzeciwu do sieci? Czy zwycięstwa systemu? Zanikiem różnorodności i wejściem do mainstreamu. Trudno powiedzieć. Pewnie wszystkiego po trochu.
Słowo “punk” jednak rozlało się szerzej niż sama subkultura.
Zawiera się ono również w nazwach gatunków/stylów literackich, gier czy produkcji wideo. A dwie z najpopularniejszych to moje ukochane: steampunk oraz cyberpunk. Skupmy się dziś na tym drugim.
Cyberpunk - “low-life and high tech”.
Co definiuje punkowość cyberpunku oraz czym to w ogóle jest? Nabierający rozpędu w latach 90 XX w., nurt ten mógł być traktowany jako bunt wobec utopijnych wizji tworzonych w latach 40 i 50 oraz optymizmu końca stulecia.
Cyberpunk wykracza poza bycie gatunkiem literackim czy filmowym – to wizja świata, w którym technologia osiąga wyżyny rozwoju, a społeczeństwo pogrąża się w chaosie. Termin ukuty przez Bruce’a Bethke’a, a spopularyzowany przez dzieła takich autorów jak William Gibson (Neuromancer), Philip K. Dick (Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?) czy Neal Stephenson (Snow Crash), opisuje rzeczywistość, w której korporacje zastąpiły państwa, a granica między człowiekiem a maszyną się zatarła.
„Dno społeczne, szczyty technologiczne” jest hasłem dosadnie oddającym istotę cyberpunku. Bohaterowie to często marginalizowani outsiderzy: hakerzy, najemnicy, detektywi, którzy walczą o przetrwanie w świecie zdominowanym przez wszechmocne megakorporacje, sztuczną inteligencję i wszechobecną inwigilację. Estetyka cyberpunku to neonowe światła, deszcz, zatłoczone ulice Azji, cybernetyczne implanty tworzące fuzję ludzkiej tkanki z maszyną. No i cyberprzestrzeń – niebezpieczne, trudne w nawigowaniu miejsce, gdzie zdarzenia fabuły dzieją się równolegle do świata rzeczywistego.
W tym świecie, najpewniej mieszkasz w przepełnionym, brudnym mega-mieście, najpewniej na granicy ubóstwa, poza systemem zdominowanym przez kogoś innego. Kogoś, kogo ty nie obchodzisz - ani jako jednostka, ani element społeczeństwa. Może masz cybernetyczną rękę, która co chwila szwankuje - a na naprawę której nie masz pieniędzy. To, co zarabiasz na nielegalnych zleceniach wystarcza, by coś zjeść i spłacić część długów. Nie masz zabezpieczenia socjalnego, dostępu do edukacji, czy ubezpieczenia zdrowotnego. Jak umrzesz, to ktoś po prostu zabierze twoje wszczepy, żeby sprzedać je na złomie. Życie dużej części globu nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Są tak nieistotni, że nawet system przestaje się nimi interesować - dopóki nie wejdą z nim w konflikt.
Ale co sprawia, że cyberpunk jest punkowy? Przede wszystkim cyberpunk nie idealizuje technologii – pokazuje jej mroczne strony: alienację, wyobcowanie, utratę tożsamości. To krytyka kapitalizmu, konsumpcjonizmu i nadmiernej kontroli, tylko że przeniesiona w przyszłość. Bohaterowie, podobnie jak punki z naszego świata, są nonkonformistami – walczą z systemem (albo poza nim), nawet jeśli ich szanse na zwycięstwo są znikome. W cyberpunku nie ma happy endów, są za to pytania o wolność, zbawienie, istotę ludzkości.
Cyberpunk to także estetyka samoróbek, choć w innej formie – cybernetycznie modyfikowani ludzie, piracenie technologii, tworzenie własnych sieci. To punkowa postawa przeniesiona w erę cyfrową: „nie ufaj systemowi, zrób to sam, nawet jeśli masz tylko stary laptop i garść kodu”.
Dziś cyberpunk to nie tylko literatura czy filmy i anime (Czarne Lustro, Blade Runner, Matrix, Ghost In The Shell, Edgerunners, Akira), ale także gry wideo (Cyberpunk 2077, Deus Ex), muzyka (synthwave, dark electro). Zdarzają się też głosy, że cyberpunk zaczyna się już dziś - od kryzysu prywatności po rozwój sztucznej inteligencji. To gatunek, który zadaje pytania o przyszłość, ale też przypomina, że punkowa postawa – sprzeciw, kreatywność, walka o autonomię – jest nadal aktualna. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek.

Jedno jest pewne - każdy ze światów przedstawionych mówi nam, że przyszłość, wraz z rozwijającą się technologią, nie napawa optymizmem. Że potencjalna, jakakolwiek, droga do prawdziwej wolności jest drogą wyrzutka - na granicy lub poza systemem, często z nim (lub wobec niego) walcząc. I że najpewniej, po zaznaniu odrobiny tej wolności, przegramy wszystko.
Mogę powiedzieć, że istnieje niezerowa szansa, że faktycznie częściowo żyjemy już w cyberpunku. I że droga, na której jesteśmy, nosi znamiona samospełniającej się przepowiedni.
O ile cyberpunk jest bardzo wdzięcznym uniwersum oraz stylistyką do przeżywania i odczuwania podczas lektury (czy jakiegokolwiek innego obcowania z tworami kultury), o tyle co najmniej ambiwalentne mam odczucia co do potencjalnego życia w takim uniwersum. Te wszystkie dramaty, trudności i niebezpieczeństwa obserwowane z bezpiecznej pozycji odbiorcy treści zapewniają nam rozrywkę. Jednakże, mało kto chciałby rzeczywiście znaleźć się na miejscu naszych bohaterów.
Tylko co zrobić, gdy zdaje się, że ścieżka jest jedna - tylko w różnych odcieniach? Gdy te filmy, książki, czy gry, nie tylko inspirują, ale też zdają się przewidywać przyszłość. Aż zaczynasz się zastanawiać, czy nie są one drogowskazami zapewniającymi, że nie zboczymy już z obranej trasy.

Światełko w tunelu
Dlatego właśnie potrzebujemy radykalnej nadziei. Oraz solarpunku. “Buntu wobec buntu, zrodzonego ze zmęczenia dystopią”.
Poprzez regularną nadreprezentację jednej wizji świata przyszłości, w naszej kolektywnej nieświadomości utrwaliły się pewne wzorce myślenia. Podobnie, jak osoby, które całe życie spędzają w patologicznych środowiskach. W efekcie, mają ogromne trudności (lub wręcz jest to dla nich niemożliwe), by wyobrazić sobie, że świat może wyglądać inaczej. Abstrakcją jest myśl, że ludzie mogą zachowywać się inaczej - kierować się innym kompasem moralnym, mieć inne wartości i cele w życiu. Więc pozostają w tej bańce bo to jedyne, co znają.
Owa ekspozycja i jej skutki są często niezrozumiałe dla osób “z zewnątrz”. Dla nich, owa bańka i ekspozycja są potencjalnie szersze, obejmujące więcej konceptów i postaw. Zdarza się nam spotkać z poczuciem wyższości “światowych” wobec “zaściankowych”. Z podejściem, że oto właśnie osoba spoza bańki patrzy na jednostkę jeszcze ograniczoną koncepcyjnie.
Tylko na jakiej podstawie ktoś śmie twierdzić, że i on nie podlega selektywnej ekspozycji formującą własną bańkę, która równie mocno ogranicza koncepcyjnie? Czy to nie jest odwieczne dostrzeganie drzazgi w oku bliźniego, nie dostrzegając belki we własnym?
I właśnie ta analogia stanowi dla mnie punkt odniesienia do tego, z czym obecnie mierzymy się w przypadku wizji przyszłości. Czy hipotetyczni przybysze z innej planety nie mogliby spojrzeć na nas w ten sam sposób? Dlaczego nie mieliby zadać pytania, jakim cudem jesteśmy tak zaściankowi.
W tym hipotetycznym pytaniu zawiera się moja potrzeba popularyzacji nowego punku. Solarpunku. Konceptu, o którym możecie słyszeć pierwszy raz.
Przeprowadźmy eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzkość poradziła sobie z kryzysem klimatycznym, nierównościami społecznymi i wyczerpaniem zasobów. Rozwój technologiczny doprowadził jednak do lepszej przyszłości. Tym razem obracamy się w otoczeniu zielonych miast, samowystarczalnych społeczności, odnawialnych źródeł energii i technologii służącej ludziom. Tu nie ma algorytmicznej kontroli, bo mamy zaufanie. W przeciwieństwie do cyberpunku, gdzie technologia jest narzędziem ucisku, w solarpunku jest ona narzędziem emancypacji – używanym do budowania, a nie niszczenia.
Wyrazem buntu w tym przypadku jest aktywizm i lokalne działania. Nie tylko bohaterowie, ale też zwykli ludzie biorą sprawy w swoje ręce - nawet jeśli jest to wyłącznie uprawienie miejskiego ogródka warzywnego. Buntem jest odrzucenie cynizmu i nihilizmu na rzecz radykalnego optymizmu. To właśnie nadzieja jest aktem oporu i bodźcem do zadawania pytań i marzenia o lepszym jutrze.1
“Jesteśmy solarpunkami, bo jedyną alternatywą jest wyparcie albo rozpacz.
Obietnice większości singularystów i transhumanistów są skupione na jednostce i na dłuższą metę niemożliwe do utrzymania: ile z ich wizji ma w ogóle rację bytu w świecie, w którym energia nie jest tania i powszechnie dostępna, nie mówiąc już o metalach ziem rzadkich?
Ideą solarpunku jest poszukiwanie sposobów na to, by czynić nasze życie piękniejszym już teraz, a co ważniejsze – by zadbać o pokolenia, które nadejdą po nas. Mówiąc krótko: to przedłużanie życia ludzkości na poziomie całego gatunku, a nie pojedynczych jednostek. Nasza przyszłość musi opierać się na nadawaniu rzeczom drugiego życia i tworzeniu nowości z tego, co już posiadamy (w przeciwieństwie do XX-wiecznego modernizmu pod hasłem „zniszczmy wszystko i zbudujmy coś zupełnie od nowa”). Nasz futuryzm nie jest nihilistyczny jak cyberpunk i unika quasi-reakcyjnych tendencji, do których niekiedy skłania się steampunk. Solarpunk opiera się na pomysłowości, sile tworzenia, niezależności oraz wspólnocie.”
Jednak nie jest to naiwna wiara. Nie jest to akceleracjonizm2 zakładający, że przyspieszenie obecnej trajektorii rozwoju technologii może w ogólnym rozrachunku przynosić tylko korzyści. Jest to mocne podważenie obecnego statusu quo i próba wyciągnięcia nas ze środowiska wzorców i konceptów, które dobitnie uformowały nasz sposób myślenia.
Bo nawet teraz, pisząc te słowa, to w moim mózgu pojawiają się myśli o naiwności, socjalizmie, życzeniowości nieosadzonej w jakichkolwiek realiach. Bo przecież droga opisywana przez solarpunk jest nierealna ze względu na to, jak funkcjonuje świat i natura ludzka. Czy nie jest to jednak efekt braku dobrych wzorców z tej dziedziny? Że jest to obecnie po prostu zestaw zbyt egzotycznych myśli, które nasz mózg z automatu chce odrzucić na rzecz czegoś bardziej znajomego? W końcu stale warunkujemy nasze mózgi na kierowanie myśli w stronę negatywnych treści, które dużo chętniej konsumujemy.
A może właśnie ten brak przykładów i popularnych kontrnarracji przyczynia się do tego, że budujemy w stronę przyszłości, która coraz więcej ludzi przeraża, niż napełnia optymizmem? Bo ograniczyliśmy sobie zestaw pojęć i konceptów, spośród których możemy wybierać.
Brakuje nam dobrych wzorców na poziomie popkultury formującej zbiorową nieświadomość. Między innymi przez to właśnie jedyna nadzieja, jaka najczęściej w nas się tli, to marzenie o byciu na górze łańcucha pokarmowego. O pożeraniu, zamiast byciu pożeranym przez system.
A możemy być przecież radykalnie pełni nadziei na lepsze jutro dla wszystkich. Możemy wyobrażać sobie i tworzyć światy pełne rozwiązań będących alternatywą do obecnej destrukcji, jak Ursula Le Guin (np. w Wydziedziczonych), czy Becky Chambers (Psalm dla zbuntowanych w dziczy). Możemy być takim anarchistą, jakim był Jezus i odszukiwać w świętych pismach narracje zdające się nie przystawać do drugiej ćwiartki XXI wieku.
Chcę wyobrażać sobie (i oglądać) sceny, w których wszystko nam się udało - a następnie analizować pre-mortem, w jaki sposób do tego doszliśmy. Dążyć do zrealizowania tychże rzeczy. Powiedzieć sobie “osiągnęliśmy pełen sukces - co było jego kluczowym czynnikiem”? Chcę zamiast do zapaści, prowadzić do wzrostu.
Właśnie dlatego potrzebujemy w popkulturze więcej solarpunku. Właśnie dlatego potrzebujemy więcej radykalnej nadziei.
Adam Flynn, Solarpunk: Notes toward a manifesto, https://hieroglyph.asu.edu/2014/09/solarpunk-notes-toward-a-manifesto/
Jednym z najgłośniejszych akceleracjonistów jest Mark Andressen z jego “Manifestem techno-optymisty” https://a16z.com/the-techno-optimist-manifesto/







