O urywaniu kontaktu
I znikaniu z waszego świata
Boję się was, ludzie.
Uciążliwie niekomfortowy jest dla mnie koncept kontaktu z wami. Czuję fizyczną blokadę, kurtynę w poprzek drogi, powstrzymującą mnie przed wykonaniem ruchu i podjęciem akcji w kierunku odezwania się do kogoś. Jednak wciąż widzę was: pomiędzy nieodpisanymi konwersacjami w telefonie, pomiędzy porzuconymi relacjami, którym zbrakło rozwiązania w formie spotkania, rozmowy. Czuję was przy tylnym czubku czaszki, siedzących niby oskarżenie. Czekacie na mnie, wasze spojrzenia poruszają mnie dogłębnie. Przestaliście istnieć w świecie, pozostaliście w ułomnej i ulotnej pamięci. Nigdy nie odpowiedziałem, nigdy nie odpowiedzieliście.
Już całkiem zniknąłem z waszego świata.
Wiedzcie, że zżera mnie poczucie winy. Zżera mnie wstyd przeogromny, który krzyczy wprost: “nie podołałeś, przygniotło cię to wszystko”. Bo postanowiłem się poddać. Opuścić się w zapomnienie, w zabliźnioną zadrę.
A ja wciąż myślę o tobie, jak cię skrzywdziłem, pozostawiłem. Jak poczułem, że nie mam sił, więc odpuszczę, nie wiedząc, że moje serce i umysł nie będą potrafiły zamknąć drzwi. Więc oto jesteś żywą myślą w nieobecności, urwaną konwersacją. Jesteś książką o winie, której nigdy nie oddam. Historią Hofmanna, której nigdy nie odbiorę. Starym aparatem z dorobkiem młodzieńczej niepamięci.
Ach, jak chciałbym zobaczyć zdjęcia tam zostawione! Masz jeszcze ten aparat?
Myślę o was. Wiem i czuję jak niewspółmierne do waszej wartości, jako żywych ludzi, jest moje zachowanie, moje jestestwo wobec was. Czuję powinność, którą sam na siebie nakładam. Niezrealizowaną powinność i zwykłą, ludzką przyzwoitość.
Jestem wyczerpany.
Z wieloma z was wciąż rozmawiam, wciąż jesteście wyraźni w mej pamięci. Istniejecie jako byt, osoba pełnoprawna, jak i koncept, zestaw zdarzeń i wątków myślowych. Posklejani półsłówkami i wyobrażeniami. Nieprawdziwi, lecz moi.
I mimo kłamu, jaki ten obraz zadaje rzeczywistości, wciąż absurdalnym zdaje mi się odbudowywanie dawno porośniętych chwastami dróg. Tyleż wysiłku, żeby odtworzyć lub zniszczyć was w sobie.
Powiedzcie mi, gdzie siły znaleźć, wolę, was samych rozpierzchniętych po swoich życiach beze mnie. I po co? Myślicie czasem o mnie?
Ułomnym człowiekiem jest autor tego listu. Wiedziony w życiu wstydem, na którym, niczym fundament, rozwija się machineria karmiona brakiem energii i wyrzutami sumienia. Zagubiony w relacjach międzyludzkich, zarówno w czasach obcowania ze światem, jak i zamknięcia w pustelni.
Wie on, że cię skrzywdził. Albo nie darował należytej uwagi, czasu i sił. Wiedz, że żałuje i ciągle cię pamięta. I pracuje nad tym, by odpuścić i pogodzić się z samym sobą - lub znów otworzyć interakcję. Ma taką nadzieję chociaż. Zastygłe tryby z czasem zapominają konceptu ruchu, zdając się kuriozalnym stanem materii. Trudno dostrzec wtedy możliwość obrotu. Trudno zobaczyć i usłyszeć człowieka, który na przestrzeni lat stał się li tylko powidokiem splecionym z duszą. Tak oto mamy całun między nami, kolejny raz ten całun. Manifestację podziału światów wewnętrznych i zewnętrznych, tych pomiędzy oraz wynikających z interakcji.
Błądzę w tych przestrzeniach. Tym razem sukno okalające twoje ciało daje mi zarys, po którym palcami wodzę, czując tarcie materiału na krawędziach i wypukłościach. Odtwarzam przez dotyk ułomny prawdziwy obraz ciebie. Lecz to nie jesteś ty.
Lecz to nie jesteś ty.


